GRZECH

Tak pragnę dotykać twych ust,
Tak blisko jesteś, tuż tuż.
Powracasz w nocy, gdy śpię,
Lecz co rano budzę się…
To pech.
Po nocy przychodzi dzień,
Znów próbuję znaleźć cię.
Marzę, że pokochasz mnie
I zostaniesz. Wiem,
To grzech.
Porażenie szczęściem mija,
To tak krótko, tylko chwila,
Kiedy jesteś obok mnie.
Znów odchodzisz. Wiem,
To pech.
W kotle namiętności wre,
Do szaleństwa kocham cię.
Marzę żeby objąć cię,
Pieścić, tulić, wiem,
To grzech.
Zrobię wszystko. Ty to wiesz,
Choć to grzech jest i mój pech.

LATANIE

Oknem wyleciała nadzieja na śnieg, na mróz.
Została beznadzieja i siedzi tu.
W cienkich dziurawych spodniach – choć mróz.
W sandałach bose stopy. A Bóg?
Zapomniał o mnie całkiem. Ja o nim też…
Umarły słowa: miłość, przyjaźń… szept:
Kochaj mnie. Całuj. Nadzieja żyje w nas śmiało…
Kochaj mnie. Całuj. Bez Boga, bez nadziei – co nam zostało?

BANAŁY

Aniele boży, stróżu mój żuj swoje kłamstwa w ciszy.
Uczynków mych dobrych, czy złych i tak nikt nie policzy.
Nadzieja nadziewa mnie napal, wyśnione sny nie dają spać.
Myśli mnie niosą w daleką dal, głowa w ruletkę ruską gra.
Świerszcze cykają w trawie pierwsze, świetliki nucą smutne wiersze.
Latarnie płoną jednostajnie, słońce zachodzi, jest tak banalnie…
I w te banały wkraczasz ty – wypełniasz pustkę szarych dni.

ZABIERZ

Moje myśli przewiązane czerwoną wstążką, na szuflady dnie.
W twojej głowie nie ma dla mnie miejsca, ja to wiem.
Znów wszystkie słowa hasła, słowa klucze mylą kod,
Twoje serce , jak ze stali – nie chce wpuścić mnie na krok.
Dziwisz się, że tak kocham, że robię to całym sobą,
Że dobrze jest mi byle jak, byle gdzie, byle z tobą.
Znów uniosłaś, znów zabrałaś mnie w siną dal,
Szybowałem w mych marzeniach, niczym ptak…
A potem głową w dół, tak długo spada się z gwiazd
I lecę, i nagle: buch! Znów płaski, smutny jest świat.
W ten gnój, w ten ból wprost z nieboskłonu, gwiazd,
Lecz błagam zabierz mnie. Zabierz mnie jeszcze raz.

BŁĘKIT

Kręte drogi życia, nowy zakręt bierz.
Zaufaj mi. Nie rozbijesz się.
Przez gołoledź, ranną mgłę,
Ja pilotem twym, weź ster.
Ominiemy kłamstwa i bałwanów rój.
Chodź. Daj dłoń. Pieść. Tul.
Na orbitę wynieś mnie.
Całuj – tego pragnę, chcę.
Pośród nocy pełnej gwiazd
Kochaj – tak mi ciebie brak.
Do obłędu doprowadzasz mnie.
Bierz mnie, jeśli tylko chcesz, więc chciej.

RANEK (KOLORY)

Rano tęcz wyłania się z mgły…
Niesamowity świt, jak ty.
Tak fantastycznie nierealny,
Jak oczy twe, jak morskie skarby,
Jak słońca blask, jest twoja twarz.
Nieuchwytna, jak zapach twój,
Raj, czy któraś z gwiazd.
Rozpływa się, jak piękny sen,
Szybko, jak każdy z tobą dzień.
Natura boska, tak, jak ty
I ja, pragnący z tobą być.

KILL-EROS (CZYLI MORDERCZA MIŁOŚĆ)

Do czasu, gdy burza nie rozwiała w gniewie siwej grzywy,
We mgle mlecznej nozdrza wydychają w dal piekielne dymy.
Do czasu, kiedy twą pierś mikrą chroni z papieru kolczuga,
A księżyc kryje w swym jaskrawym blasku wystające różki.
Do czasu, gdy zamiera za plecami delikatny tupot kopyt.
W ten czas, kiedy wiatr zasłonił niedostatki i szpetotę.
Do momentu, kiedy serce będzie ci jeszcze potrzebne,
Twoja głowa, to rozkołatany, stary, zbędny mebel.
Do czasu, kiedy chaos nie opuści twego wnętrza,
Śpi nadzieja – dopadła cię miłość mordercza.

ZASĘPIONY

Wiem, bardzo łatwo zastąpić mnie…
Długa marchewka, garnek i śnieg,
Małe węgielki, a w rękę kij…
Bałwan – to ja w zimowe dni.
Latem też nie ma żadnej sprawy…
Wystarczy zerwać wysokiej trawy,
Stary kapelusz i trochę szmat…
Tak, strach na wróble, to cały ja.
Wiem, bardzo łatwo zastąpić mnie…
Wiosną kapustę bierzesz i tniesz,
A w jej środku po prostu ja…
Zakłuty łeb – głąb – oj tak.
Wiem, bardzo łatwo zastąpić mnie,
Bierzesz jesienią miotłę i … hej…
Grabisz listeczki ze wszystkich stron
Na wielką kupę – i co? To on!
Chciałabyś krzyknąć, bo teraz wiesz…
Tak, tak, to ja – po prostu śmieć.
Wiem, bardzo łatwo zastąpić mnie…
Zastanów się, czy tego chcesz?

TEN PIERWSZY RAZ

Głowa w rozterce – czy to się stało?
Nie wierzy dusza, dygoce ciało,
Język się wije, też nie dowierza
W ten ogrom szczęścia, z losem przymierza.
We wnętrzu moim ciepłe promienie,
Tak na mnie działa twoje spojrzenie.
Usta wciąż czują wilgotny smak
Zmysłowych ust, żar twoich warg,
Biel równych ząbków, perlisty śmiech.
Przecież cię wielbić, to żaden grzech.
Być bardzo blisko. Na straży stać
W chwilach radości, lecz i we łzach.
Szaleję, pragnę i nie zapomnę…
W annałach życia, kaskadach wspomnień
Ten pocałunek wzięty nieśmiało…
Lecz, czy tak było, czy by się chciało?
Ja jeszcze teraz drżę z podniecenia,
Lecz czy ta chwila cokolwiek zmienia?
Wciąż będę tęsknił, nie spał po nocach,
Czekał i wierzył, że mnie pokochasz.

GRY WOJENNE

Czy możliwe, że świat
Jeszcze raz nabrał barw?
Czy możliwe, jest to,
Że chcę zwalczyć zły los?
Mam nadzieję, że znów
Ujrzeć cię będę mógł.
Czy możliwe jest to,
Że mnie kręci twój głos?
Nagle znalazł się sens
Pośród życiowych mąk.
I znów czekam, jak świr,
Na okruchy tych dni…
By leśnym duktem w dal iść
Tylko ty, ja – po świt.
Ptaków śpiew, wiatru szum,
W oczach Twych nieba luz
Żadnych przekleństw i łez
Odkąd jesteś… No więc?
Jest możliwe, bo świat
Nowych nabiera barw,
Miast koszmarów mam sny,
I znów chce mi się żyć.