POZYTYW

Jeden uśmiech, jeden gest
W górę niesie mnie twój śmiech.
Tak wysoko wzbiłem się,
Jestem w niebie – to nie sen.
Ten telefon sprawił to,
Życzenia wesołych świąt.
Lecz jeśli z tej chmury pozwolisz mi spaść
To może być ostatni raz.
Bo mnie już brakuje sił,
W labiryntach kiepskich dni.
Z niebios znów na życia dno.
Stare kości kruche są,
I mózg też już nie ten sam.
Nigdy nie chcę wracać tam.

TO NIE TAKIE PROSTE

Śpiew słowika mnie nie rusza.
Dzisiaj wata w moich uszach.
W nosie drażni jakiś pyłek.
Odwracasz się do mnie tyłem.
Głupi głupek? Tak, to ja.
Bo chcę dać wszystko co mam:
Spacer w lesie,
Róży kwiecie,
Garść radości
W codzienności,
Spokój w nocy
Bez złych mocy,
Nie potrafię dać ci nic,
Więc czy warto wciąż tu tkwić?

CIERP(L)I(W) [G]OŚĆ

Nie myślisz o kolejnych dniach, i coraz rzadziej się uśmiechasz,
Już dokonany życia szmat, przed tobą zieje przepaść.
Udręką ścieków spływa czas – nie możesz go dogonić,
Za kroplą znów się sączy kropla – cofasz się, przeszłość kroisz.
Nie idzie. – w drobne strzępy drzesz, co kiedyś się zdarzyło.
Nie umiesz – choć zapomnieć chcesz: kłamstwa, wzgardzoną miłość
Co jeszcze? Czy wystarczy sił? Czy starczy wytrwałości,
Byś swój zrealizował plan i żył w miłości do wieczności?

40 STOPNI W CIENIU

Jest chłodno, podmuchy fałszu tworzą szron.
Zamarzam – słoneczko, wyciągnij ku mnie dłoń.
Zmieniam się w sopel, lecz walczę o szczęścia kęs.
Patrzę w nieśmiałe oczy, ciepło uśmiechasz się.
Promyki muskają zamarzniętą, siną z bólu twarz,
Sięgają głębiej, odradzam się – już w duszy gra.
Rozkwitam, rozwijam się – sprawił to twój śmiech.
Nie żałuj swych promieni – kochaj mnie – świeć.
Dotarłaś do głębi serca i opromieniasz złe dni,
Jest ciepło, miło, radośnie, znów cieszy każdy świt.
Aż nagle coś się odmienia – oślepiasz, wysysasz sok,
Jest duszno, sucho, parno – na czole wystąpił pot.
U stóp twoich się wiję, nie mogąc wyrwać się,
Żar zwalnia bicie serca, wysusza w żyłach krew.
Wokół wszystko umiera – pełznę, choć chciałbym biec.
Ukradkiem zerkam na niebo – czekając, błagając o deszcz.

W(I)ARA

Dziś ci się zwierzę, ja ludzkie zwierzę,
Że sam nie wierzę, że jeszcze wierzę,
Że przyjaźń nie jest tylko sloganem,
Że każdy może być życia panem,
I że na świecie są tacy ludzie,
Co mają serce. W zupełnym trudzie
Potrafią znaleźć radości życia.
Bez telewizji, prochów i picia.
Mówiący prawdę zawsze i wszędzie.
Nie narzekają, bo… dobrze będzie.
I sam nie wierzę, że jeszcze wierzę
W królewny z bajki, zaklętą wieże,
Że jest Kopciuszek, Bóg, są anioły,
Szatan zostanie wnet pogrążony,
Kochał się będzie każdy szczęśliwie,
Na rajskim drzewie nie braknie… śliwek?
Wąż gdzieś wypełznie zygzakiem z sykiem,
I tylko wilk będzie wilkowi wilkiem.
Nie wiem skąd się ta wiara bierze
W szczęśliwą przyszłość, bez kolców jeże,
Że słońce będzie świecić goręcej,
I pragnę jeszcze wierzyć w twą miłość – nic więcej.

BEZMIAR

Jesteś mą pierwszą myślą, gdy wstaje dzień,
Także ostatnią myślą nim przyjdzie sen.
A kto zajmuje cały mój sen?
Ty – cały mój życia sens.
A oprócz tego jest jeszcze dzień…
W dzień myślę o tym, jak kocham cię.
Bo jesteś tlenem, wśród brudnych, szarych dni,
Promykiem słońca, wśród mroźnych i złych chwil.
Przestrzenią szczęścia, bezmiarem myśli mych,
Moją wielką miłością – tak dobrze z tobą być.

OGNIU KROCZ ZE MNĄ

Swoją radością zabijasz smutek, potrafisz stworzyć wszystko z niczego,
W każdym spojrzeniu twoim, uśmiechu jest coś takiego… tajemniczego?
To targa zmysły, przyspiesza puls, stawia na nogi. Codzienne znoje?
To już nie znoje. Precz gniew! Won strach! Spierdalać niepokoje!
Przy tobie nawet bezsens ma sens, i nie ma dłużyzn – hop minął dzień.
Gdy tracę siły podpierasz mnie, ty z mojej duszy wyciągasz cierń.
Niczym draska trąca o zapałkę wyzwalasz płomień, rozpalasz wnętrza,
Przechodząc zostawiasz słupy ognia, które płoną w męskich sercach.

A PO BURZY SPOKÓJ (33)

Za mną nic, przeogromna czeluść – czarna dziura.
Postawie się, nie wpadnę w macki potwora.
Wycieram, kasuję wszystkie stany złe.
Godzina po godzinie, dzień za dniem.
Gadzina, po gadzinie, dno za dnem.
Zostawiam niewiele, tylko kilka chwil…
Okruszki, dla których warto było żyć.
A więc: noc, na szóstego listopada,
Bujany fotel, dobra rada,
Skradziony pocałunek, i usta w uśmiechu,
Ta dzika noc w tańcu i ta druga… w grzechu,
Zalew w zimowy wieczór, koncert rockowy,
Leśne spacery, szorstka kora brzozy,
Rozmowy z psem – mym przyjacielem.
Niewiele, a jednak tak wiele.

NIE DOGASZONY

Kolejny zamek na lodzie dryfując rozpłynął się.
Kolejny dzień szczerzy kły, jak wściekły pies.
Białe z czerwonym znów zmaga się,
Twój lodu chód, mój płomień – grzech.
Znów całowałem usta twe we śnie,
I na jawie o tym śnię co dzień.
Kolejny sen rozwiał się wraz z poranną mgłą.
Kolejny raz mówisz mi, że to mój błąd.
Białe z czerwonym – ogień i lód.
Chcesz zdusić ogień? – Potrzebny cud.
Kolejny sens, zawalił się, jak domek z kart.
Gorączka trwa, choć pragniesz zdusić żar.
Lu zimnym kubłem, lecz ognik gna…
Czasem przygasa, myślisz, że już,
Lecz wraca z nową siłą i buch!
Kolejny smutek zagląda w oczy mi.
Wciąż kocham, choć dławi, dusi, mdli,
Ból targa, płoną oczy, lasuje mózg,
Dłonie szukają twych bioder, nóg,
Lawina uczuć rozpala chuć,
Wpadam w kolejny dół i znów…
Kolejny dupek, chce mi mówić, jak mam żyć.
Kolejny raz pytam siebie – Czy warto?
Wśród niepamięci, niechcianych słów,
Wre, płonie serce, bulgocze krew…
I łyk gorzałki, twój śmiech, twój szept.
Biały z czerwonym – ogień i lód.
Nie potrafię odrzucić uczuć,
Oczy szukają śladów twych stóp.
Iskierka, na twego lodu chód…
Zgaś ją – zostanie zimny trup.

ZMIANY ZMIAN

Sam na skraju dnia
Dźwigam bagaż zmian.
Wiem, że dłużej tak nie można.
U stóp słona woda morska.
Tak dalekie, co tak bliskie.
Pyłek piachu niesie wiatr.
Sam na skraju dnia i zmian
Spuszczam myśli w siną dal.
Tylko zmęczenie pomaga zasnąć,
Tak trudno bez ciebie żyć, i tak łatwo.
Z drugiego końca świata twój głos
W szczebiocie morza, wśród jego toni,
Na wydmach i mieliznach czasu, a on stoi.
Zmiany piekielnie są konieczne,
Grzęznę coraz niebezpieczniej
We mgle tak gęstej, że mogę ją gryźć.
W twym porcie zakotwiczyć pragnę,
Aż po kres mych dni.